We wrześniu 2025 roku zgłosili się do nas klienci z jedną, z pozoru zamkniętą historią. Umowa kredytu frankowego. Spłacona już dość dawno, bo w 2020 roku. PKO Bank Polski uznawał sprawę za definitywnie zakończoną i nie chciał nawet rozmawiać z klientami.
Tylko że w prawie bankowym „zakończone” nie zawsze znaczy „rozliczone”. Kiedy przeanalizowaliśmy dokumenty, okazało się, że przez lata wykonywania umowy doszło do nadpłat rzędu około 250 000 zł. Ćwierć miliona złotych. Nie na papierze. W realnych pieniądzach, które wyszły z kieszeni kredytobiorców i zasiliły rachunek banku. To był moment, w którym sprawa przestała być historią sprzed lat. Stała się bardzo aktualnym sporem o konkretne pieniądze.
„Nie uznajemy roszczeń. Jeśli trzeba, proszę iść do sądu”
Pierwsza reakcja banku była przewidywalna. Brak zainteresowania rozmową. Brak gotowości do sensownego porozumienia. Krótki komunikat: roszczenia są bezzasadne, jeśli się nie zgadzacie, to pozostaje droga sądowa. W praktyce to dość częsty scenariusz. Bank testuje determinację klienta. Zakłada, że po latach od spłaty kredytu niewielu będzie chciało zaczynać proces.
Tyle że w tej sprawie nie było miejsca na półśrodki. Przygotowaliśmy pozew oparty na klasycznej konstrukcji nieważności umowy kredytu hipotecznego. Wskazaliśmy wadliwe postanowienia, brak transparentności mechanizmu przeliczeniowego, naruszenie równowagi kontraktowej. I coś jeszcze… Coś, co w sporach z bankami działa jak zegar odmierzający czas: odsetki ustawowe za opóźnienie. 9,5% w skali roku. Dla instytucji finansowej to nie jest drobna niedogodność. To realny koszt, który rośnie z każdym miesiącem.
Proces, który zaczął bankowi ciążyć. Umowa Własny Kąt Mieszkaniowy z 2005 r. pod lupą sądu
Kiedy pozew trafił do sądu, atmosfera zaczęła się zmieniać. To już nie była wymiana pism „czy się uda”. To był konkretny spór z konkretnym ryzykiem. Bank musiał brać pod uwagę, że jeżeli sąd podzieli naszą argumentację i stwierdzi nieważność umowy, konsekwencją będzie obowiązek zwrotu wszystkich nadpłat. Do tego koszty procesu. Do tego odsetki naliczane od dnia wezwania do zapłaty. Im dłużej trwałby proces, tym droższa byłaby przegrana.
Po kilku miesiącach stało się jasne, że sprawa nie jest dla banku komfortowa.
Porozmawiajmy o ugodzie. Ale nie o byle jakie.
Po pięciu miesiącach od wniesienia pozwu nastąpił przełom. Bank zaproponował ugodę, początkowo propozycja ugody wywołała uśmiech na naszej twarzy. Bank oferuje ułamek tego, co nasz klient może zyskać w sądzie. Jednak nie z nami takie numery. Od 7 lat siedzimy w prawie bankowym i wiemy, co możemy wynegocjować z bankiem.
Miesiąc przepychanek i nagle Bank zmienia narrację i przedstawia nową propozycję ugody. I co kluczowe była to ugoda oparta dokładnie na tych założeniach, które przedstawialiśmy od początku. Rozliczenie kredytu wyłącznie po kapitale. Bez potrąceń, bez „kompensat”, bez konstrukcji mających zminimalizować odpowiedzialność banku. Zwrot wszystkiego, co zostało nadpłacone.
Ćwierć miliona złotych wróciło do naszych klientów. Z perspektywy finansowej rezultat był praktycznie tożsamy z pełnym wygraniem procesu.
Radca prawny Jacek Firlej mówi często w takich sytuacjach: ugoda nie jest sukcesem sama w sobie. Sukcesem jest dobra ugoda. Czyli taka, w której klient wychodzi z realną korzyścią, a nie z poczuciem, że musiał coś oddać, żeby „mieć spokój”.
Tu nie było mowy o oddawaniu czegokolwiek.
Sprawa nie z podręcznika
Ta historia miała jeszcze jeden element, który czynił ją bardziej złożoną. Umowa nie była zawarta przez dwie osoby, jak to często bywa, lecz przez większą liczbę współkredytobiorców. To oznacza większą odpowiedzialność organizacyjną, więcej ustaleń, więcej potencjalnych komplikacji. Do tego dochodził aspekt podatkowy. Wiele osób obawia się, że jeżeli bank wypłaci znaczną kwotę, pojawi się obowiązek zapłaty podatku dochodowego.
W tej sprawie z uwagi na konstrukcję rozliczenia oraz fakt, że kredyt był już wcześniej spłacony nie powstało zobowiązanie podatkowe. Kwota uzyskana w ramach ugody stanowiła czystą korzyść. To szczegół, który dla klientów miał ogromne znaczenie.
Czy każdy spór musi trwać latami?
Często słyszymy pytanie: „Czy naprawdę muszę nastawiać się na trzy czy cztery lata procesu?” Odpowiedź brzmi: nie zawsze. Jeżeli bank widzi, że sprawa jest dobrze przygotowana, roszczenie logiczne, a ryzyko przegranej realne, czasami kalkulacja jest prosta. Lepiej zawrzeć porozumienie wcześniej, niż przegrać później i zapłacić więcej. W tej sprawie wystarczyło pięć miesięcy. To nie był cud. To była konsekwencja dobrze skonstruowanego pozwu i doświadczenia procesowego.
Kiedy ugoda ma sens? Przykład z PKO
Ugoda z bankiem nie jest ani dobra, ani zła z definicji. Wszystko zależy od warunków. Jeżeli oznacza rezygnację z większości roszczeń w zamian za niewielki zwrot, nie ma sensu. Jeżeli jest sposobem na szybkie, pełne rozliczenie nadpłat i zamknięcie sprawy na korzystnych zasadach, to warto ją rozważyć.
W tej sprawie była logicznym finałem sporu. Klienci odzyskali 250 000 zł, czyli każdą złotówkę jaką nadpłacili ponad kwotę kapitału. Proces został zakończony w kilka miesięcy. Bank, który na początku twierdził, że roszczenia są bezpodstawne, ostatecznie zaakceptował rozliczenie według kapitału.
Czasami właśnie tak wygląda skuteczna strategia: twarde wejście w proces, które otwiera drogę do dobrej ugody, a my zyskaliśmy kolejnych zadowolonych klientów, tym razem z Leszna.
Jeżeli masz kredyt hipoteczny z lat 2000–2010, nawet spłacony kilka lat temu, nie zakładaj z góry, że temat jest definitywnie zamknięty. Historia z Leszna pokazuje, że po latach może się okazać, iż w grze jest ćwierć miliona złotych. A wtedy pytanie nie brzmi już „czy warto?”. Brzmi raczej: dlaczego nie sprawdzić tego wcześniej?














